komunikaty.doba.pl
wesele.doba.pl
PKS
LOTTO

piątek, 22 września 2017

Tomasza, Maurycego

Byliśmy tu pierwsi: Szalom Alejchem w Ziębicach

piątek, 18.11.2016 14:43 , komentarze: 14 , odsłony: 13942
kategorie artykułu:

Jak wyglądało życie w naszym powiecie zaraz po wojnie? Skąd przybyli tu pierwsi osadnicy? Jakie były ich losy? Tym razem w ramach naszego cyklu "Byliśmy tu pierwsi" przedstawiamy rozmowę z  Joselem Ele Czerniakiem, który opowiada nam o powojennej społeczności żydowskiej w Ziębicach i historię swoich rodziców, którzy przybyli do miasta w 1946 roku.

Wiosną 1946 roku do Ziębic zaczęły przyjeżdżać transporty w ramach tzw. repatriacji z ZSRR. W tym roku w mieście było około 1200 Żydów, w następnym było ich około 700. W mieście utworzono Kongregację Wyznania Mojżeszowego, która mieściła się przy ul. Różanej 15, jej przewodniczącym był Lewin. Powstał też Powiatowy Komitet Żydowski i Towarzystwo Ochrony Zdrowia. W budynku przy ul. Gliwickiej 6 mieściła się szkoła, gdzie w 1946 r. 3 nauczycieli uczyło 95 dzieci. Był też żłobek, przedszkole, internat i kibuc, żydowski Dom Kultury na Zamkowej, działał teatr żydowski. Wraz z falami emigracji po 1948 r. liczba Żydów w Ziębicach stopniowo malała. Kulminacja emigracji nastąpiła po wydarzeniach marca 1968 roku [za: sztetl.org.pl oraz K. Pawlak, Żydzi w Ząbkowicach Śl. w latach 1946-1970].

fot. rodzina Chaima Czerniaka przed wojną, archiwum rodzinne J.Cz.

 

Anna Urbaś:  Historia Pana rodziców jest niezwykle tragiczna, ale w końcu znaleźli oni spokojną przystań w Ziębicach. Proszę o tym opowiedzieć.

Josel Czerniak: Moi rodzice poznali się w transporcie, który przywiózł ich do Ziębic ze Związku Radzieckiego. Przed wojną moja mama, Sara, mieszkała we Lwowie, miała męża i dwie córki, Chawę i Frydę, którzy zginęli w tamtejszym getcie. Mój ojciec natomiast, Chaim, pochodził z Polesia, gdzie przed wojną był stolarzem, miał z bratem rodzinny interes. Ojciec także miał swoją rodzinę: żonę i małego synka. Zostali oni zastrzeleni przez Niemców podczas próby dotarcia przez rzekę na stronę rosyjską. Moi rodzice ocaleli, bo trafili do ZSRR.  Po wkroczeniu wojsk radzieckich na tereny polskie ojca wcielono do Armii Czerwonej. Mama zaś została aresztowana i jako polityczna, jako wróg Związku Radzieckiego, osądzona i zesłana  na 15 lat na Syberię. Mama do końca życia nie dowiedziała się, dlaczego znalazła się w więzieniu. Byli tam osadzeni ludzie wykształceni, nauczyciele, działacze społeczni, prawnicy, lekarze, zaś moja mama, choć była bardzo mądrą kobietą, była tylko po szkole podstawowej, pochodziła z biednej rodziny. Na Syberii przetrwała okres wojenny. 

fot. córki Sary Czerniak, które zginęły w getcie, archiwum rodzinne J.Cz.


Rodzice jakoś specjalnie nie wybrali Ziębic jako miejsca swojego powojennego życia. Po prostu tu na stacji w Ziębicach odczepiono wagon i wszyscy, którzy nim podróżowali, wysiedli. Rodzice otrzymali pół domu na ulicy Stawowej, tam się urodziłem 20 września 1947 roku. Nazwano mnie Josel Ele, gdyż u Żydów imiona nadaje się po dziadkach: Josel ze strony mamy, a Ele ze strony taty. Jestem ich jedynym dzieckiem, moja mama, kiedy mnie urodziła, miała 42 lata, więc rodziców pamiętam już tylko jako starsze osoby. Początkowo było im bardzo ciężko.  Mama, jak opowiadała, przyjechała do Ziębic w spódnicy uszytej z worka. Rodzice nic nie mieli, byli wyniszczeni, ojciec  bardzo schorowany. Pomagała im,  na ile mogła, organizacja żydowska. Powoli jednak zaczęli się urządzać. Ojciec pracował w zakładzie szewskim w PolBucie w Rynku, potem był portierem. Mama nie pracowała, zajmowała się domem.

A.U.: Jaka była ta społeczność żydowska w Ziębicach?

J.Cz.: W Ziębicach było początkowo bardzo dużo Żydów, większość z nich przyjechała tu ze Związku Radzieckiego, to tam przeżyło ich najwięcej – niektórzy, jak mój ojciec, wcieleni do wojska, niektórzy przekraczali granicę, żeby uciec przed nazistami. Nie było praktycznie w Ziębicach Żydów, którzy ocaleliby z holocaustu na terenie Polski. Żydzi w Ziębicach byli bardzo różnorodni, niektórzy wykształceni, byli lekarze, na przykład bardzo dobry lekarz z Rynku Goldblum, część było handlarzami, rzemieślnikami, krawcami, czapkarzami, byli tacy, którzy jeździli wozami z końmi i zbierali złom, zmieniali go na garnki lub ubrania i dalej tym handlowali po wioskach. Część pracowała w ceramice, fabryce konserw, w cukrowni, w tartaku.  Żydzi także różnili się między sobą i stosunkiem do religii, i  językiem, gdyż przed wojną mieszkali w różnych miejscach i mieli swoje „gwary” w ramach jidysz. Na przykład słowo „brejt” u mojej mamy, która pochodziła ze Lwowa,  znaczyło deska,  a u ojca na Polesiu „chleb”.

Modliliśmy się w synagodze. Chodziłem tam z tatą i razem z innymi chłopakami biegaliśmy po piętrach. Później, gdy synagoga z powodu małej liczby Żydów w Ziębicach została zamknięta, jeździłem z tatą do Wrocławia. Mój ojciec modlił się po hebrajsku, ale mówił i pisał w języku jidysz, którym posługiwało się większość Żydów.

fot. Chaim Czerniak, ojciec Josela Czerniaka, podczas modlitwy w Ziębicach, archiwum rodzinne J.Cz.

 Jeśli idzie o koszerne jedzenie, to na główne święta do Ziębic przyjeżdżał rzezak z Wrocławia i kobiety niosły te kury, kaczki, gęsi,  które na targu kupowały, a on zarzynał odmawiając modlitwę. Na co dzień jednak tego nie było. Jeśli ktoś chciał bardzo ściśle przestrzegać koszernego jedzenia, to we Wrocławiu był sklep z koszernym jedzeniem i można się tam było zaopatrzyć. W Ziębicach było jedno starsze małżeństwo, które było bardzo ortodoksyjne, więc ich dzieci jeździły do Wrocławia po to jedzenie. W moim domu nie przestrzegaliśmy tych nakazów zbyt restrykcyjnie, ale oczywiście obchodziliśmy szabas: paliły się zawsze świece, mama piekła chałkę, ojciec, który zawsze palił papierosy, przestawał wtedy palić. Podczas święta Pejsach natomiast cały dom trzeba było wysprzątać, nie mogło być chleba z zakwasu. Z piwnicy przynosiło się specjalne naczynia używane tylko podczas Paschy. Jedliśmy wtedy macę.  Jako dziecko najbardziej lubiłem dwa wesołe święta: Chanukę i Purim, bo wtedy dostawało się prezenty. 

 A.U.: Głośnym ostatnio tematem była sprawa pogromu kieleckiego z 1946 roku. Czy w Ziębicach po wojnie były nastroje antysemickie?

J.Cz.: Nie, nie było jakiś wystąpień antysemickich. Raczej cała społeczność miasta żyła zgodnie. Co jakiś czas przychodził nawet milicjant i pytał, czy ktoś rodzicom nie robi krzywdy czy wszystko w porządku. Choć pamiętam, że ja kilka razy przychodziłem do domu i skarżyłem się, że krzyczano na mnie, że jestem mordercą Jezusa, a ja przecież nikogo nie zabiłem i nie wiedziałem nawet, kto to ten Jezus. Ale to drobne incydenty, o innych nie wiem. Tak było do ’68 roku. Wtedy polityka wkroczyła do Ziębic i atmosfera nagonki na Żydów zaczęła się udzielać mieszkańcom. Mojej szkolnej koleżanki ojca, który był głównym księgowym w zakładzie Marchlewskiego, wyrzucono ze stanowiska. Zrobiono zebranie, mówiono, że nikt nie chce tutaj Żyda i tak dalej. Inna kobieta wspomina  w wydanej w Nowym Jorku książce, że wyjechała z Ziębic, bo w szkole ją wyzywano. Większość ludzi nie czekała na to, co się będzie działo, sami opuszczali Ziębice i Polskę. Ziębiccy Żydzi są miedzy innymi w Izraelu, Stanach Zjednoczonych, a nawet w  Wenezueli.   

fot. Pochód pierwszomajowy w Ziębicach. Pierwsza w drugim rzędzie Sara Czerniak, archiwum rodzinne J.Cz.

 

Z moimi rodzicami mieliśmy dwa razy okazję wyjechać. Z tego powodu byłem na ślubie własnych rodziców. Ojciec odnalazł daleką rodziną w Stanach Zjednoczonych. Żebyśmy mogli wyjechać wszyscy razem, rodzice musieli być małżeństwem, wzięli więc ślub. Mama jednak ostatecznie nie chciała opuszczać Polski, więc zostaliśmy w Ziębicach. Drugi raz pojechaliśmy do Włoch w odwiedziny do ciotki. Mama miała siostrę, która przed wojną wyjechała do Włoch, gdzie wyszła za mąż za katolika, który przeszedł na wiarę mojżeszową. Ten mąż służył we włoskiej flocie i zginął. Ona cały czas mieszkała w Trieście, ale pod koniec wojny została aresztowana w łapance i wysłana do obozu niedaleko granicy jugosłowiańskiej. Obóz ten został wyzwolony przez partyzantów jugosłowiańskich, więc udało się jej przeżyć. Odwiedziliśmy ją w 1956 roku, wtedy zaczęły się rozruchy w Poznaniu i ciotka nie chciała, żebyśmy wracali do Polski. Ale w Ziębicach został ojciec, który był swoistym „zastawem”, że wrócimy i wróciliśmy.

A.U.: Pan w 1968 miał też jakieś nieprzyjemności?

J.Cz.: W 1968 roku byłem na trzecim roku studiów na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i w marcu nie ominęły mnie kłopoty. Moja historia jest nawet opisana w książce „Marzec 68 w Krakowie”. Zaczęło się od tego, że mieszkałem w pokoju w akademiku i między nami było dwóch partyjnych studentów, którzy zaczęli donosić na wszystkich, którzy nie chcieli się podporządkować. Nagle zaczęli przychodzić jacyś ludzie i pytać, czy nie mam rodziny w Izraelu, co sądzę o wojnie trzydniowej i tak dalej. 13 marca wypadały imieniny Józefa i Krystyny i akurat z koleżanką urządzaliśmy imprezę z tej okazji. Wracamy do akademika na Reymonta, a tam rektor AGH Kiejstut Żemaitis nawołuje studentów, żeby zostali w akademiku i nie brali udziału w rozróbach. Jednak część studentów poszła. (po manifestacjach studentów w Warszawie w obronie wyrzuconych z Uniwersytetu Warszawskiego studentów za protesty przeciwko usunięciu inscenizacji "Dziadów" w reżyserii Dejmka ze sceny Teatru Narodowego, marcowe protesty zaczęły się w Krakowie. 13 marca 1968 roku miała miejsce tzw. łzawa środa, manifestacje antypartyjne studentów UJ i AGH. Z Miasteczka Studenckiego szła kolumna studentów pod pomnik Mickiewicza na Rynku, która została brutalnie rozpędzona przez milicję. Efektem studenckich wystąpień marcowych była rozpętana przez ówczesne władze nagonka na Żydów. Propaganda głosiła, że za manifestacjami studentów stoją właśnie Żydzi – syjoniści – przyp. red.). Później pojawiło się ogłoszenie, że mam się zgłosić do dziekanatu. Przesłuchiwał mnie pan Kałwa, pod kątem czy akceptuję politykę władz, że to nie prawda, że Polacy mordowali Żydów i tak dalej. Odpowiadałem, że urodziłem się po wojnie i jestem Polakiem, uczyłem się w polskich szkołach i chcę w Polsce pracować, a nie zajmować się czymś, co nie dotyczyło bezpośrednio mojej rodziny. Straszono mnie, że jeśli nie podpiszę listu lojalnościowego to pozwolą mi skończyć studia, ale potem zaraz wyślą mnie do Izraela. Wtedy pytam, czy on jest przedstawicielem ambasady Izraela, że rozdaje paszporty i jeśli może tak załatwiać, to ja poproszę paszport szwajcarski.  Wściekli się strasznie. Wtedy ujął się za mną dziekan wydziału ceramicznego profesor Grzymek, który namówił mnie, żebym podpisał ten list, a on załatwi, żeby z resztą dano mi spokój. Skończyłem studia i zacząłem pracować. Od 1977 roku pracowałem w Prudniku w zakładach ceramicznych. Wiele razy moje żydostwo, gdzieś tam przeszkadzało mi w karierze, mimo wykształcenia, mimo fachowości. Kiedyś na przykład zostałem dyrektorem i byłem nim tylko godzinę (śmiech). Ale nie dałem się i swoje osiągnąłem. 

fot. Przyjęcie u żydowskiej koleżanki, archiwum rodzinne J.Cz.

 

A.U.: Jest Pan przedstawicielem nowego pokolenia Żydów, którzy urodzili się po wojnie. Czym różniliście się od swoich rodziców?

J.Cz.: Bardzo różniliśmy się od pokolenia rodziców, nie rozumieliśmy ich, pytaliśmy: jak mogliście iść jak barany na rzeź? Nie broniliście się, nie walczyliście, my byśmy walczyli, nie dalibyśmy się - tak myśleliśmy. Starsi niezwykle rzadko podejmowali temat wojny i holocaustu.  Nie mogli jednak od niego w pewien sposób uciec. Pamiętam, że w naszym domu w piwnicy był kufer pełen konserw, kasz, ryżu, którego zawartość co jakiś czas się wymieniało. Nie można go było ruszać. Natomiast ojciec nie mógł się odzwyczaić od suszenia chleba i zbierania go do worka. Mówiono mi, że to zawsze może się przydać.

Matka miała do śmierci siniaka, jakby podkowę. Pytałem skąd się wziął. Mama odpowiadała, że podczas pobytu w więzieniu strażnik wypuszczał kobiety z jej celi na korytarz, żeby się trochę umyły pod kranem z zimną wodą. Pewnego dnia przyszedł podczas tego mycia naczelnik więzienia i zaczął te kobiety bić i wpychać je do celi. Matka powiedziała mu, że teraz jest z niego wielki naczelnik, a zapomniał, jak chodził z katarynką po placu i czekał, żeby mu ktoś grosza rzucił. Wtedy strasznie ją skopał i ślad tego bicia pozostał.

fot. Czasy szkolne Josela Czerniaka, archiwum rodzinne J.Cz.

 

A.U.: Czy przyszedł w końcu czas, że można głośno mówić, bez strachu czy wstydu, że jest się Żydem? Hasła antysemickie zdają się  znowu przybierać na sile.

J.Cz.: Nigdy nie ukrywałem, że jestem Żydem. Zawsze używałem swojego imienia, Josel, i dla mnie była to sprawa normalna. Jako dziecko w ogóle jakoś specjalnie nie odczuwałem, że jestem Żydem, w sensie nie czułem się jakiś inny. Owszem, mieliśmy swoje święta, w domu mówiliśmy w jidysz, ale poza tym bawiliśmy się wszyscy razem i razem z katolikami kradliśmy jabłka księdzu (śmiech). Jak była lekcja religii to dzieci żydowskie miały lekcję hebrajskiego. Ale jak ksiądz organizował jakieś wycieczki czy to do Barda czy do Złotego Stoku, to też jechaliśmy razem ze wszystkimi.  Wtedy żyło się z ulicą, tam mieliśmy kolegów, swoje grupy rywalizujące ze sobą, niezależnie Żyd czy nie Żyd, nas to nie interesowało. Graliśmy w piłkę, w kapsle w wyścig pokoju albo lataliśmy tocząc koło od roweru, niewiele nam do szczęścia było potrzeba.

Niezwykle bolesne jest jednak widzieć wyrysowane gdzieś na murach szubienice z Gwiazdą Dawida czy napisy „Żydzi do gazu”. Niepojęte jest to, że po holocauście ktoś tak jeszcze może myśleć, że wszystkiemu złu winni są Żydzi, czy jakiś inny naród. Ludzie są dobrzy i źli, mądrzy i głupi wśród wyznawców każdej religii, w każdym narodzie. Niestety, Żydzi od zawsze są najłatwiejszym celem, by zrzucić na nich odpowiedzialność za wszystko, co się dzieje. Ostatnio nawet słyszałem, że to Żydzi są winni, że Polska ma przyjąć uchodźców z Syrii.

Raz w roku jeżdżę do synagogi. Ostatnio był Nowy Rok i Sądny Dzień, czyli Jom Kipur, bo my mamy rok 5777. Jest to najważniejsze święto żydowskie, podczas którego człowiek prosi Boga o wybaczenie, prosi, żeby go zapisał do księgi życia, a nie do księgi śmierci. Kiedyś jeździłem do synagogi, także po to, żeby posłuchać mowy żydowskiej, jidysz, którym mówiliśmy w domu. Moja żona jest katoliczką, moje dzieci nie są już Żydami, gdyż u Żydów jest tak, że „bycie Żydem” dziedziczy się po matce. Brakuje więc mi trochę jidysz. Ale i w synagodze z tym coraz gorzej, gdyż większość młodych Żydów mówi po hebrajsku to język modlitwy, po polsku lub po angielsku. Często to są ludzie, którzy dowiedzieli się, że mieli przodków żydowskich. Oni chcą wiedzieć, co znaczy być Żydem, jaka była historia ich przodków, wszystko poznają i wszystkiego uczą się od początku i na pewno nie ukrywają, że są Żydami.

A.U.: Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

Wasze komentarze

Baardzo ladny wywiad tylko pytam dlaczeg taka liczna ilosc...
niedziela, 20.11.2016 11:23 autor: ziebiczanin
Tez mnie to ciekawi bo mieszkalam bardzo blisko i jako...
niedziela, 20.11.2016 16:02 autor: autor
Witajcie. Może ja źle rozumuje ale oni przyjechali z polskiego...
piątek, 18.11.2016 19:37 autor: Czterdziestotrzylatek.
Szacun. Ludzie ludziom zgotowali taki los. Do czego doprowadza...
piątek, 18.11.2016 17:33 autor: Ziebiczanin
piątek, 14.4.2017 16:56
czwartek, 5.1.2017 11:43
Biuro Ubezpieczeń
Biuro Ubezpieczeń
ZGK Ząbkowice Śl.
ZGK Ząbkowice Śl.
Bezpłatna KOLONOSKOPIA
Bezpłatna KOLONOSKOPIA
Dywany Ząbkowice Śl.
Dywany Ząbkowice Śl.
AUTO MYJNIA
AUTO MYJNIA
Wymarzone wesele
Wymarzone wesele
Pomoc drogowa
Pomoc drogowa
Basen Fitness Aquarius
Basen Fitness Aquarius